Niesamowita historia Bruno Fernandesa
Jedna kłótnia z ojcem zmieniła w jego przypadku wszystko. Ambicja z kolei doprowadziła go do tego miejsca, w którym jest obecnie – Bruno Fernandes stał się niemal znienacka bohaterem Manchesteru United. Oto jego historia, opowiedziana na łamach „FourFourTwo”.
Kryzys finansowy mocno dotknął Portugalię, patrząc na ostatnie lata. W jego wyniku nastąpił wzrost emigracji. Ponad 2 miliony Portugalczyków mieszka obecnie za granicą. Jose Fernandes, ojciec Brunona, również należał do takich osób. Podjął decyzję o wyjeździe do Szwajcarii, aby utrzymać rodzinę i znaleźć pracę. Chciał też zabrać ze sobą rodzinę – żonę oraz trójkę dzieci. Bruno jednak się sprzeciwił. Groził nawet, że ucieknie, jeśli nadal ojciec będzie rozważał wyjazd z kraju.
Fernandes był wtedy piłkarzem młodzieżowego zespołu Boavisty. Czuł, że w Szwajcarii się nie rozwinie. Ostatecznie ojciec wyjechał, a matka, Virginia Borges, pozostała w Portugalii. Bruno mógł dalej spełniać marzenia. Szybko odezwali się do jego matki ludzie z Novary. Bruno miał w wieku zaledwie 17 lat zostać piłkarzem włoskiego zespołu. Opuścił rodzinny kraj w 2012 roku za kwotę 40 tysięcy euro, jakie otrzymała Boavista.
Spełnione marzenie
Osiem lat później wyglądało to inaczej. Kiedy przechodził do Manchesteru United, żegnali go fani Sportingu. Nie był już nastolatkiem, tylko jedną z najbardziej obiecujących postaci w portugalskiej piłce, przyszłą gwiazdą. Stefan Ristovski z SCP prosił go: „Zostań jeszcze na jeden sezon, inaczej będą kłopoty”. Nic w tym dziwnego – w 135 meczach dla „Lwów” Bruno Fernandes zdobył 63 gole i zaliczył 48 asyst.
W Lizbonie dobrze współpracowało mu się z Basem Dostem, dziś piłkarzem Eintrachtu. „Ma fenomenalne przyjęcie piłki, umie świetnie strzelać, jest wręcz perfekcyjny pod kątem techniki użytkowej” – mówi Holender. Owszem – takiego pomocnika nie widziano na Alvalade od czasu Krasimira Bałakowa. Oczywiście, pomijamy oczywiste przykłady Cristiano Ronaldo i Luisa Figo, którzy zaczynali grę w Sportingu, ale swoją markę wyrobili w innych klubach.
Saga transferowa trwała kilka miesięcy, ale w końcu miała szczęśliwe dla United zakończenie. Człowiek z Mai na przedmieściach Porto dotarł aż tak daleko. „Pracuję w piłce nożnej już długo, ale Bruno Fernandes jest najlepszym piłkarzem, jakiego Portugalia miała w ostatnich latach” – mówi były prezydent Sportingu, Sousa Cintra. „Nie chodzi tylko o to, jakim jest piłkarzem, ale też człowiekiem. To sportowiec, który nadaje drużynie jakości. Napędza swoich kolegów. Kimś takim był Cristiano Ronaldo dla Realu Madryt – piłkarzem kompletnym” – dodaje.
W United odnalazł się błyskawicznie. Nie strzelił co prawda gola w debiucie przeciwko Wolverhampton, ale wprowadził pierwiastek kreatywności, którego MU potrzebował w środku pola. Efekt nadszedł choćby w derbach Manchesteru, kiedy Fernandes po mistrzowsku asystował z rzutu wolnego przy golu Anthony’ego Martiala. Fani okrzyknęli go „portugalskim magnifico” w swojej piosence na jego temat. Trudno było nie przywoływać też osoby Cristiano – on i Bruno przybyli na Old Trafford właśnie z zielonej części Lizbony.
Trener Ole Gunnar Solskjaer porównał go do dwóch piłkarzy, z którymi występował kiedyś w United – określił Fernandesa jako połączenie Paula Scholesa i Juana Sebastiana Verona. „Jego umysł pracuje szybciej niż u pozostałych” – stwierdził Norweg. 55 milionów euro wydanych na Fernandesa wygląda teraz na świetnie wydane pieniądze. Niektórzy już myślą, że to najlepszy transfer od odejścia na emeryturę sir Aleksa Fergusona.
Od obrońcy do gracza ofensywnego
Fernandes nie miał jednak zawsze takiego ciągu na bramkę. W młodości częściej grywał częściej w obronie. Do pomocy przesunął go jednak jego pierwszy trener, Sergio Marques. „Widziałem potencjał Bruno, potrzebował jednak dopracowania swojego talentu, aby mógł ciągle błyszczeć. Chciał się uczyć cały czas. Widziałem to po nim. Stąd też w każdy wtorek o 18:30 zostawaliśmy z nim po treningach, gdzie pracował nad dokładnością podań i opanowaniem piłki” – wspomina Marques w rozmowie z „FourFourTwo”.
Szybko wpadł w oko skautom większych klubów. Zainteresowało się nim Porto, ale ostatecznie wybrał on lokalnego rywala, Boavistę. Przekonali go… możliwością podróży minibusem do ośrodka treningowego i z powrotem. Do piętnastego roku życia Bruno rozgrywał mecze głównie jako środkowy obrońca. Pewnego dnia powiedział jednak trenerowi, że nie chce dłużej występować na tej pozycji. Poprosił o wypożyczenie do Pasteleiry, sąsiedzkiego klubu satelickiego Boavisty. I tam los się do niego uśmiechnął.
Rozwinął się tam w sposób niesamowity – trafiał do siatki niemalże w każdym meczu, korzystał z każdej szansy, którą dostawał i rozwijał się jako ofensywny pomocnik. Pracował też nadal po treningach, wykonując rzuty wolne i ćwicząc celność strzałów. Zabawne jest to, że wówczas w Boaviscie występował też były gracz Barcelony, a dziś piłkarz Evertonu, Andre Gomes. To Bruno został jednak bardziej zapamiętany. „Był niezwykle dojrzały jak na swój wiek. Wyprzedzał rówieśników o dwa-trzy lata” – mówił Abilio Novais, który również prowadził Fernandesa w Boaviscie.
„Kiedy oglądałem go na boisku, było dla mnie jasne, że to materiał na gwiazdę. Ona tworzy się na naszych oczach” – mówi Rodrigo Mann, który występował z Fernandesem w zespole Boavisty.
Charakter, wola walki i pewność siebie były rzeczami, które przyciągnęły uwagę Novary. Klub z północy Włoch nie był zbyt rozpoznawalny. Byli jednak na tyle zdesperowani, że przysłali do Portugalii szefa skautingu, Mauro Borghettiego, aby ten obejrzał Fernandesa. Namówił go do tego m. in. agent Brunona. Borghetti nie żałował swojej decyzji. „Poszedłem na mecz drużyny U-19, Fernandes był wtedy jedynym piłkarzem z rocznika 1994, reszta był o rok starsza. Pokazał, że ma świetną technikę. Chyba dostał informację o tym, że ktoś go ogląda – tak bardzo się starał pokazać z dobrej strony” – mówi Włoch. „W tamtym sezonie Novara była już na drodze do Serie B, więc mieliśmy jeden cel – sprowadzić młodych, utalentowanych piłkarzy, których wartość rynkowa dopiero będzie rosła” – dodaje.
„No to zaczynamy zabawę”. Zabawę we Włoszech
Włosi zaprosili Bruno oraz jego mamę do Novary. Pokazali miasto, dopełnili formalności przy transferze. „Zanim jego mama odleciała do Portugalii, zostawiła 50 euro chłopakowi. Tak na wypadek, gdyby chciał coś kupić. To było najwięcej, co mogła mu dać. Ale i tak sobie poradził, bo to człowiek z duszą wojownika” – mówił Antonio Peres, trener Fernandesa z czasów Pasteleiry.
Fernandes poszedł w ślady swojego brata i ojca – obaj opuszczali bowiem kraj w poszukiwaniu lepszej przyszłości. Ricardo, starszy o sześć lat brat, grał w niższych ligach i przedwcześnie zakończył karierę. Następnie podjął pracę w szpitalu w Anglii. Ojciec – jak już wspomniano – przeprowadził się do Szwajcarii. Bruno jako nastolatek miał rozpocząć piłkarską przygodę we Włoszech.
Po przyjeździe nie rozumiał ani jednego słowa po włosku. W dodatku, jego trener, Attilio Tesser, zabronił nowym piłkarzom rozmawiać z nim po angielsku przez pierwszy miesiąc. Bruno przezwyciężył trudności. Awansował po trzech miesiącach do pierwszej drużyny. Novara awansowała do play-offów o udział w Serie A, zajmując piąte miejsce w lidze. Portugalczyka okrzyknięto „Maradoną Novary”. Sezon zakończył z czterema golami w 23 występach. Zainteresowanie nim wzrosło – pytał o niego Milan oraz Juventus. Ostatecznie trafił do Udinese, gdzie obiecano mu regularną grę i sporą podwyżkę – od tej chwili zarabiał 1500 euro miesięcznie. Spędził w barwach klubu z Friuli trzy lata. Między nim a ikoną Udine, Antonio di Natale, wytworzyła się specjalna więź. Nie przeszkadzało to Włochowi wbić Fernandesowi sympatyczną szpilkę, mówiąc: „on mnie irytuje, bo jest bardzo młody, a posiada większe umiejętności niż każdy z nas”.
Di Natale wymagał od niego więcej. A Fernandes wymagał więcej od Udinese. Dlatego w 2016 roku trafił do Sampdorii, gdzie dostał koszulkę z numerem 10, tę samą, którą kiedyś nosił Roberto Mancini. Jednakże dziesiąte miejsce, które zajął klub na koniec sezonu (a także brak awansu z 1/8 finału Coppa Italia) sprawiło, że Fernandes podjął decyzję o opuszczeniu Genui. Miał powrócić do domu – jednakże nie do Porto, lecz do Lizbony. Rękę wyciągnął po niego Sporting, płacąc 8,5 miliona euro. Więcej „Lwy” wydały tylko na wspomnianego już Basa Dosta.
Ten lew naprawdę jest królem dżungli. Piłkarskiej dżungli
Już w debiutanckim sezonie został piłkarzem roku w Primeira Liga. Obiecujący początek przygody został jednak przerwany przez wydarzenia, które miały wpływ na całą atmosferę wokół Sportingu. Począwszy od zesłania do rezerw 19 piłkarzy przez prezydenta Bruno de Carvalho po niezadowalającym wyniku, aż po atak 50 członków grupy ultrasów „Lwów” – te wydarzenia mocno odbiły się na Sportingu. Kibice byli wściekli, ponieważ klub na ostatnich metrach przegrywał wicemistrzostwo kraju i mógł nie awansować do Ligi Mistrzów. Zaatakowali piłkarzy pasami, kijami, okładali pięściami.
„Nigdy czegoś takiego nie przeżyłem. Po ataku na Alcochete [ośrodek treningowy Sportingu – przyp. red.] uciekłem z moją żoną i córką do Porto” – powiedział Fernandes, który po tym zdarzeniu zatrudnił prywatnych ochroniarzy. Był jednym z dziewięciu piłkarzy, którzy grozili rozwiązaniem umów z klubem z Alvalade. Ostatecznie pozostał w Portugalii, gdzie władze Sportingu podwoiły jego zarobki. W międzyczasie w klubie doszło też do zmiany władzy, a Bruno de Carvalho zastąpił doktor Frederico Varandas. Ten sam, który później sprzeda Fernandesa do Manchesteru.
Chociaż kibice patrzyli na powrót Fernandesa do klubu z dystansem, czując, jakie miał pobudki, piłkarz odpłacił się klubowi najlepiej, jak mógł. Sezon 2018/19 był w jego wykonaniu kosmiczny. 32 gole i 18 asyst w 53 występach – ten wynik sprawił, że był najskuteczniejszym pomocnikiem w Europie (pod względem liczb notowanych w klasyfikacji kanadyjskiej). Poza boiskiem ponownie stawał się liderem, otrzymując w drugim sezonie opaskę kapitana. A we wrześniu 2019 roku kończył dopiero 25 lat…
Bas Dost wspomina: „Mimo że był młody, już wówczas widziałem w nim cechy lidera. Zawsze rozmawiał z innymi piłkarzami, dobrze się z nami komunikował.” Wtóruje mu Raphinha, kolega Bruno, brazylijski skrzydłowy, który opuścił Sporting na rzecz Rennes. „Był niesłychanie istotny. Kiedy przychodziłem do Lizbony z Guimaraes, już wtedy ze mną rozmawiał, dawał mi porady i uczył spokoju w grze. To był lider. Był dla mnie jak brat i za to jestem mu wdzięczny”.
Jak się okazało, w kolejnym klubie Bruno Fernandes w swoim następnym klubie również przywitał się w sposób zjawiskowy. A Manchester United ma uciechę ze swojego „magnifico”.